Miesięcznik Benefit – miesięcznik kadrowych, kierowników i dyrektorów HR

Strona główna » Motywacja

Trzeba sobie pozwalać na szczerość

Trzeba sobie pozwalać na szczerość
Młody, ale pełnoletni dziennikarz radiowy i telewizyjny. W pracy od piętnastego roku życia. Trójka, Radio ZET, TVN24, TVN, Onet./Fot. Lukasz Dejnarowicz/ FORUM
Z Jarosławem Kuźniarem rozmawiała Katarzyna Patalan

W połowie grudnia ub. roku otrzymał pan prestiżową nagrodę Grand Press Digital. To duże wyróżnienie?

To nowa kategoria także dla samej kapituły, ale mam poczucie, że udaje mi się zmieniać postrzeganie dziennikarstwa internetowego. Ostatnio czytałem ciekawy artykuł pokazujący, jak Barack Obama żegna się z Białym Domem. Analitycy od social media przyjrzeli się zmianom, jakie nastąpiły w dziedzinie wykorzystywania internetu do komunikacji z obywatelami za rządów ekipy prezydenta. Obama, wchodząc do Białego Domu, zatrudnił ludzi, którzy powiedzieli jego zespołowi: „Słuchajcie, dzisiaj internet to nie jest coś, co do tej pory wam pokazywano jako zło, ale coś, co możemy wykorzystać jako dobre narzędzie do komunikacji z naszymi wyborcami, więc zaczynamy to zmieniać”. Na naukę mieli osiem lat. Zdaję sobie sprawę, że czasem jest to długa lekcja. Dla kapituły to też był twardy orzech do zgryzienia, ale jakoś się udało.

W uzasadnieniu czytamy, że jest pan jedynym dziennikarzem w Polsce, który na taką skalę wykorzystuje nowoczesne technologie w codziennej pracy. Gdy 30 września ub. roku startował „Onet Rano.”, sądził pan, że już w grudniu te wysiłki zostaną docenione?

Nie. Aczkolwiek chciałbym wierzyć, że jest to też nagroda za to, co robię w social mediach od lat. Dziś zbudowanie grupy odbiorców, którzy dzięki takiej rzeczywistej obecności w social mediach pozostają wierni i są w stanie „przeprowadzać” się z medium do medium, bo podążają za człowiekiem, nie jest łatwe. Zajęło mi to ładnych parę lat, a zaczęło się jeszcze w TVN24.
Bardzo często szefowie mediów tradycyjnych uznają, że dzielenie się tym, co produkujemy na ich zlecenie, za co oni nam płacą, to kradzież kontentów, wymagają, żebyśmy robili coś tylko dla danej firmy. To przejaw kompletnego niezrozumienia jak działają i jak są wykorzystywane dzisiaj social media. Komunikacja to jedno, a drugie to pokazanie firmy w innym kontekście, w innym środowisku. Jest to kwestia sprofesjonalizowania całego procesu. Prędzej czy później trzeba będzie się na to zdecydować. Dzięki Onetowi to, co budowałem kilka lat, udało mi się pokazać w zupełnie innym kontekście. Telewizja cały czas pozostaje w kontrze, ponieważ pokutuje tu przekonanie, że prezentowanie się w innych mediach jest równoznaczne z wykorzystywaniem produkcji telewizyjnych w miejscach, gdzie nikt za to nie płaci. Z perspektywy biznesowej jest to dla mnie niezrozumiałe. Internet i social media to bardzo dobre narzędzia marketingowe dające wiele możliwości. To narzędzia do bycia bliżej z widzami czy czytelnikami. Każda z tych platform jest mi bliska. Na każdej z nich funkcjonują zupełnie inni ludzie. Oczywiście niektórzy pojawiają się w obu środowiskach. To wymaga produkowania z jednego wydarzenia czasem kilku materiałów, co okazuje się trudne i zajmuje czas. Jednocześnie to bardzo ekscytujące móc patrzeć na to, jak w jednym, drugim, trzecim, czwartym i piątym miejscu widzowie, czasem ci sami, czasem różni, otrzymują od ciebie to, czego oczekują. To jest serdeczne, bo tak naprawdę robisz to dla nich.

Nie zapominając przy tym, że te grupy są inne na każdej z platform i oczekują zupełnie czegoś innego.

Tak jest. Teraz co chwilę słychać: „Masz nową aplikację”. Dostępnych jest wiele nowych narzędzi, każdy na coś się decyduje i jeżeli widzi, że na każdym ze swoich nośników zostawiasz to samo, może pomyśleć, żeby oglądać cię tylko na jednym z nich, skoro wszędzie ma to samo. A jest jednak spora różnica między Snapchatem a Facebookiem. Ludzie za każdym razem potrzebują czegoś innego, raz to jest film, raz fotografia, a innym razem tekst. Funkcjonując w różnych miejscach, jeśli się chce budować wierną grupę odbiorców, trzeba każdemu z nich dawać coś innego. Nie ma wyjścia.

Tak jak pan wspomniał wcześniej, swoją grupę odbiorców budował pan przez kilka lat, ale czy odchodząc z dużej stacji telewizyjnej, a jeszcze przed emisją pierwszego odcinka „Onet Rano.”, miał pan pewność, że ci widzowie „wrócą”, że pójdą za panem?

To było takie uczucie, które towarzyszy komuś, kto wcześniej się rozwiódł, a teraz idzie na ślub z kimś nowym i myśli sobie: „No dobrze, raz mi się nie udało, musieliśmy się rozstać, bo już zrobiliśmy, co mogliśmy zrobić, i pojawiła się nuda, to teraz spróbujmy po nowemu”. To jest bardziej strach wynikający z doświadczenia i ze świadomości, jak ma to wyglądać, ile rzeczy jest do zrobienia, żeby to wszystko zadziałało. We wrześniu nie myślałem, że w grudniu będziemy świętować, zastanawiałem się raczej nad tym, czy nam się uda i dokąd dotrzemy. Patrząc z boku na formułę mojego programu, człowiek może sobie pomyśleć: „Trzy, cztery osoby w aucie, a później w studiu ciąg dalszy, on umie gadać, ogarnie”. Ale to nie jest takie proste. Na całość składa się wiele elementów, których w telewizji nie musiałem kontrolować, dla mnie to zupełnie nowe wyzwanie. Myślę jak połączyć pilnowanie realizatora dźwięku, siebie za kierownicą, gościa, odległości itd. Muszę patrzeć na ten program z każdej perspektywy, bo za to odpowiadam głową. Więc na starcie to był bardziej strach niż marzenie o zwycięstwie.

Skąd w ogóle pomysł na prowadzenie rozmów w aucie?

Gdy przestałem pracować w TVN24, a zacząłem pracę w Dzień Dobry TVN, starałem się jakoś wykorzystać dwie godziny, które pozostawały do mojej dyspozycji między szóstą a ósmą rano. Było mi tęskno do widzów TVN24. Okazało się, że im do mnie też. Uznałem, że skoro jest takie narzędzie jak Periscope, które pozwala na bycie z nimi dosłownie na żywo, w czasie realnym mogą do mnie pisać, ze mną rozmawiać i komentować, to dlaczego tego nie wykorzystać. Kupiłem sprzęt: mikrofon, statyw, zamontowałem telefon w samochodzie i codziennie rano zaczynałem regularną audycję. Widzowie nazwali to sobie „Jaroskop” i okazało się, że zrobił się z tego konkretny produkt. Na zasadzie: oni chcą, a ja mam taką potrzebę. Kiedy przeszedłem do Onetu, pomyślałem, że fajnie byłoby to nadal robić, ale na zupełnie inną skalę. Dziś realizujemy projekt na pięć kamer, pięć mikrofonów i oczywiście na żywo, co jest dla mnie zawsze największym wyzwaniem. Nagrywane programy nie dają mi takich emocji, na jakich mi zależy. Dla mnie to jest możliwość nadążenia za czasami.

Rzeczywiście internet daje wiele możliwości, ale czy według pana telewizja w tradycyjnej formule się wyczerpuje?

Czytam różne analizy. Amerykanie, obecni właściciele TVN-u, w kilku publikacjach opisywali, jak sytuacja wygląda w Stanach Zjednoczonych - zupełnie inaczej, niż widzą to ich pracownicy w Polsce. Amerykańscy właściciele TVN-u przyznają, że są dumni z produkcji wielu kontentów dla Snapchata. Ta aplikacja była, i jest jeszcze często, w Polsce lekceważona przez ludzi, którzy zęby zjedli na tradycyjnych mediach, bo uważają ją za efemerydę dla dzieciaków. A tymczasem ci, którzy się na tym znają i widzą, jaki trend kształtuje się na rynku amerykańskim, korzystają z niej, ponieważ wiedzą, że jeżeli jest tam CNN, National Geographic, jeżeli są tam wszystkie poważne media i tworzą serwisy adresowane tylko do społeczności, która tam się pojawia, nie można się na to obrazić. Tam trzeba być.
Popularyzowanie przekonania, że telewizja umarła i jest nikomu niepotrzebna, jest zupełne przedwczesne. Warto jednak podkreślić, że takie portale, jak Onet czy Wirtualna Polska, mogą tworzyć programy, które jakością nie ustępują telewizyjnym. Realizują je dziennikarze, którzy „urodzili się” w telewizji i jest to naturalna kolej rzeczy. Natomiast ja myślę o zupełnie innym podejściu tradycyjnej telewizji do pokazywania tego, co zrobiła. Gdy mówimy ludziom, że tego dnia, o tej i o tej godzinie mają oglądać daną produkcję, to oni coraz częściej odpowiadają – proszę to wyprodukować, a my zdecydujemy, gdzie i kiedy to obejrzymy. Widziałem badania, w których zapytano młodych Francuzów, Brytyjczyków, Niemców o to, gdzie oglądają treści, odpowiedzieli, że w telewizorze, ale to wcale nie oznacza, że oglądają telewizję. Kupują największe telewizory, wieszają je na ścianach w swoich domach i podłączają internet. Oglądają to, co chcą i kiedy chcą. Widać to także na zdjęciach, jakie otrzymujemy od naszych widzów, którzy „Onet Rano.” oglądają w łazience na telefonie, telewizorze w dużym pokoju czy na tablecie w kuchni. To jest coś naturalnego. To jest właśnie wyzwanie dla telewizji. Należy myśleć o tym, że dzisiaj produkuje się programy nie tylko dla ludzi, którzy obejrzą je w domu na kanapie, lecz także dla tych, którzy będą je oglądali chociażby w tramwaju.

Dziś w internecie pracują znani i cenieni dziennikarze, o których pewnie jeszcze kilka lat temu byśmy nawet nie pomyśleli, że będą chcieli tworzyć w sieci.

Rzeczywiście udało się w krótkim czasie odczarować myślenie o internecie, że jest to coś gorszego, że tam jakość jest gorsza, że robią to ludzie trzeciego garnituru. To jest mniej więcej tak, jak kiedyś mówiło się o blogerach, że oni nie są dziennikarzami i nie mają tej samej odpowiedzialności za słowo, co dziennikarze prasowi, nie mają tego samego talentu i nie potrafią tego zrobić tak dobrze jak oni. A dzisiaj okazuje się, że nawet nagroda Teresy Torańskiej przyznawana przez „Newsweeka” trafia do twórców internetowych. W Stanach Zjednoczonych płaci się dziennikarzom w zależności od liczby czytelników, którzy „przyjdą” na platformę danej gazety. To od tego dziennikarza zależy, ile tych osób będzie. Jeżeli on potrafi odnaleźć się w tym środowisku, potrafi dotrzeć do swoich czytelników, wyróżnić się, to wie ile zarobi. Trzeba budować wokół programu pewną społeczność ludzi, którzy są mu oddani, którzy wiedzą o nim wszystko, i tak jak kiedyś fanów mieli tylko muzycy, tak teraz fanów mają konkretne programy.

Podkreśla pan, że ta interakcja z odbiorcą jest bardzo istotna, ale nie zawsze jest „miła”, mam na myśli szeroko rozumiany hejt. To nie jest zbyt wysoka cena?

Dziś doświadcza tego wiele branż. Gdy próbowałem to uporządkować, słyszałem, że przesadzam, że sobie to wymyśliłem. Dzisiaj okazuje się, że politycy doświadczają tego samego, i to na skalę, o której mi się nawet nie śniło. Zawsze powtarzam swoim studentom, że bez względu na to, co robią, nawet gdyby to była drobna rzecz, muszą być przygotowani na słowa krytyki.
Sam staram się rozgraniczać to, co jest krytyką, od tego, co jest hejtem. Warto o tym głośno mówić, by pokazać, że hejt jest problemem globalnym. Myślę, że pokazywanie ludzi, którzy dopuszczają się przestępstwa słownego w sieci, to często najlepszy sposób na to, by oni sami z tej sieci zniknęli.
Ludziom, którzy w sieci świadomie hejtują – nie mówię o trollach, którzy dostają za to pieniądze – często towarzyszy poczucie, że zrobili coś błahego, że wypluli z siebie jakąś myśl i ona sobie gdzieś tam poleciała, natomiast jeżeli zdarzy się, że ta myśl zostanie zauważona i skomentowana, dopiero do nich to dociera i jednocześnie ich dziwi.

Pan niestrudzenie jednak robi swoje i gros osób to ceni, przyjmując zaproszenie do „auta Kuźniara”. Goście zauważają różnicę między studiem a wnętrzem samochodu?

Najczęściej zdziwienie wyrażają widzowie, którzy mówią: „To jest nieprawdopodobne, że jest u was Andrzej Seweryn – ten Andrzej Seweryn?” lub wymieniają inne nazwiska z całkiem pokaźnej, bo mającej blisko pięćset pozycji, listy gości „Onet Rano.”. Dodają: „Jak to możliwe?”. Odpowiadam:„A dlaczego nie?”. Moi goście rozumieją, że dziś widzowie chcą otrzymywać ciekawe treści na różnych nośnikach, więc nie mogą się obrazić na internet i stwierdzić: „Chodzę tylko do telewizji, bo ta ma dla mnie jakąś wartość”.

Zdarza się, że ktoś odmawia?

Są tacy, którzy przyznają, że boją się podczas nagrania siedzieć jako pasażerowie, bo mogą się sprawdzić jedynie jako kierowcy. Raz tylko zdarzyło się, że gość zamienił się ze mną miejscami, to był Krzysztof Hołowczyc. Może zamienię się miejscami jeszcze tylko z Rafałem Sonikiem, jak wróci z Dakaru. (Rafał Sonik był gościem Onet Rano. 27 stycznia br. i rzeczywiście panowie zamienili się miejscami przyp. red.) Nie ukrywam, że czerpię satysfakcję z faktu, że mogąc gościć tak znakomite osoby, pokazuję widzom, że ciekawe rozmowy można realizować także poza sterylnym studiem telewizyjnym. Wracając do pytania, nie zdarzyło mi się, by ktoś odmówił. Jedynie Joanna Szczepkowska powiedziała, że chętnie przyjdzie, ale do studia, nie wsiądzie do samochodu, bo ma jakiś strach w sobie przed jeżdżeniem, więc można to potraktować jako połowiczną odmowę. Oczywiście przeprowadziłem tę rozmowę w studiu.

Odszedł pan z ogromnej stacji telewizyjnej, miejsca pracy, o którym marzy pewnie większość adeptów dziennikarstwa…

Moi studenci też tak mówią, ale ja ich wtedy sprowadzam na ziemię.

Odchodząc, miał pan przekonanie, że Jarosław Kuźniar to już tak silna marka, że sobie poradzi na niełatwym medialnym rynku?

Ten strach jest w każdym, kto decyduje się na zmianę, kto pracuje w korporacji na wysokim stanowisku i nagle postanawia odejść.
Pięć lat temu powiedziałem mojemu szefowi: „Zarobiłem dzięki tobie trochę więcej pieniędzy i chciałbym je zainwestować w biuro podróży”. Zgodził się i przez trzy lata prócz dziennikarstwa prowadziłem biuro podróży. Gdy o moim biznesie zrobiło się głośno, musiałem wybierać. Pomyślałem wtedy, że może po dziesięciu latach wstawania rano, z perspektywą kolejnych lat wstawania rano, robienia tego samego, wreszcie spróbuję czegoś nowego. Wówczas usłyszałem odpowiedź: „To łącz te dwie rzeczy, ale w takim razie w innym programie”. Tyle że ten inny program na dłuższą metę nie był dla mnie. Kiedy okazało się, że można zrobić coś fajnego, coś, co będzie inne, co będzie kolejnym wyzwaniem, zdecydowałem się na zmianę.

Okazało się, że pana marka osobista jest na tyle silna, że odbiorcy jednak pójdą za panem, i poszli…

 Dziś patrzę na to z perspektywy czasu i rzeczywiście wydaje mi się, że Kuźniar to nie jest to słaba marka. Odchodząc z telewizji, myślałem sobie, że na rynku szkoleń medialnych i poza rynkiem medialnym jestem skończony, bo moja gęba przestała pojawiać się na antenie, więc po co komuś ktoś taki. Jednak okazało się, że wiele osób pomyślało o współpracy ze mną, bo w ich ocenie wreszcie będę miał na to czas i będę bardziej dostępny. Jest wiele płaszczyzn na różnorodną współpracę, często są to dla mnie zupełnie nowe obszary samorealizacji. To bardzo pomaga mi w prowadzeniu własnej firmy. Przechodzę przyśpieszony kurs prowadzenia biznesu i to jest fajne. To był najlepszy moment na zmianę. Jeżeli mówimy o budowaniu marki osobistej, w Polsce wygląda to jeszcze nieco inaczej niż chociażby w Stanach Zjednoczonych, gdzie dziennikarze pracują w silnych markach, takich jak CNN, BBC, i tam nazwiska dziennikarzy są tak samo ważne jak pozycja stacji. Dziś widzowie wybierają telewizję bardziej dla nazwiska. Jest im obojętne, czy człowiek, z którym chcą się spotkać, coś usłyszeć od niego, pracuje w telewizji X, czy w telewizji Y.

O czym warto pamiętać, budując swoją markę osobistą w social mediach?

Trzeba sobie pozwalać na szczerość, ale jednocześnie mieć dystans do siebie. Trzeba to robić przede wszystkim samemu, nie można zlecić tego innym, bo ci, którzy chcą nas czytać, oglądać i słuchać, czekają właśnie na nas. Jeżeli mamy coś do powiedzenia, odzywajmy się często, jeżeli nie, nie róbmy tego na siłę, bo to od razu będzie widać. W sieci musimy być w kilku miejscach jednocześnie i mieć świadomość, że w tych kilku miejscach są zupełnie inni widzowie, którzy oczekują od nas zupełnie czegoś innego. Instagram to zupełnie inna emocja, a Facebook inna emocja, Snapchat jeszcze inna emocja, i trzeba na to zwrócić uwagę. Potwierdzają to liczby i reakcje widzów. Istotne jest także to, by starać się wchodzić w interakcję z tymi, którzy są tam dla nas. Jednocześnie warto pamiętać, by nie dać się zwariować. I to, co jest jeszcze ważne, to regularność – na sukces potrzeba czasu. Trzeba przygotować się na ciężką pracę – to musi być jakościowo dobre. Nie da się już dzisiaj robić np. transmisji na żywo bez użycia statywu, odpowiedniego mikrofonu, z drżącą ręką itd. Ludzie wiedzą, że na kanale obok mogą obejrzeć coś naprawdę dobrego, jeśli więc u nas dostaną coś słabego, to już do nas nie wrócą. Ludzie, którzy wchodzą do internetu i mają tam morze treści, dają nam tylko jedną szansę.

Jakiś czas temu napisał pan: „Dzisiaj jest moda na rzucanie fajnej pracy dla zajebistej pasji. Ale to mnie nie kręci”. Mógłby pan to rozwinąć?

Nie miałem takiego ciśnienia – muszę rzucić tę robotę, bo jest taka moda. Mam swoją pasję, ale jednocześnie obawy, które wynikają też z tego, że od niedawna jestem ojcem. To rodzi poczucie odpowiedzialności. Widząc, jak zmienia się zawód dziennikarza, warto mieć wyjście ewakuacyjne. Wystarczy wspomnieć zmiany w mediach publicznych – gdy pojawia się nowa władza, zmiany są dość niespodziewane. Wówczas zwolnieni pytają siebie – gdzie ja mam pójść, co ja mam ze sobą zrobić? Szukałem takiego sposobu na robienie innych rzeczy, żeby one nie wadziły mi w pracy, a wręcz przeciwnie, wspomagały mnie w niej. Starałem się być na tyle odpowiedzialny, by nie rzucać pracy, bo mam fajną pasję, tylko ułożyć sobie swoją pracę tak, żeby te dwie sfery naturalnie się zazębiały. Jestem trochę w kontrze do trendu.
Kiedy zaczynam spotkania ze studentami i rozmawiamy o budowaniu marki osobistej, o ich pasjach, okazuje się, że część z nich jest na uczelni przypadkiem, dla „papieru”, a pasjonuje ich zupełnie coś innego. Wtedy skupiamy się na tym, co ich „kręci”, bo dziennikarstwo to jest opowiadanie pewnego świata. Jeśli są dobrymi architektami albo kreatywnymi projektantami mody, a przy okazji chcą być dziennikarzami, staram się im pokazywać, że jest to możliwe. Na dziennikarstwie mogą się nauczyć sposobu opowiadania swojego prawdziwego życia.

Niewątpliwie pana największą pasją są podróże. Ma pan na nie jeszcze czas?

Tak. To biznes, więc nie tyle muszę, ile chcę pojechać z klientami, więc jadę. Przy okazji tych wyjazdów uczę się ludzi. Są to osoby, które potrzebują wyrwać się z tłumu, nie chcą jechać w grupie trzystu osób, tylko dziesięciu. To są indywidualiści. Kiedy masz grupę dziesięciu indywidualistów, z których każdy to samiec Alfa, każdy rządził, a teraz musi dać sobą rządzić, nie jest łatwo, ale to jest bardzo ciekawe socjologicznie wyzwanie. Staram się w rozsądny sposób łączyć pracę i pasję.

Są takie miejsca, do których lubi pan wracać? Czy raczej wciąż zdobywa pan nowe?

Chętnie wracam we wcześniej już odwiedzane miejsca i okazuje się, że nasi klienci także mają takie miejsca, do których mogliby wracać nawet kilka razy w roku. Dla mnie to Islandia, Kanada i Japonia. Za każdym razem patrzę na nie inaczej i zawsze chętnie tam wracam.

Islandia to miejsce, w którym pan stracił internet, nie był pan online, i pan chce tam wracać?

Tak.

Jarosław Kuźniar offline? Nie wierzę.

Tak. Tam jest to, co ludzie próbują znaleźć w sobie – pustka, samotność. Jest blisko do cywilizacji, a jednocześnie gdy wysiadasz na lotnisku, które jest bardzo zatłoczone, doznajesz niesamowitego uczucia, bo w sekundę po wyjściu z lotniska okazuje się, że ci ludzie gdzieś się rozjechali, kryją się za wulkanami, nagle wszyscy znikają.

Luty to wciąż jeszcze dobry czas, by mówić o wyzwaniach na ten rok. Jakie pan sobie stawia cele?

W Onecie jestem dziennikarzem, trochę własnym szefem, a z drugiej strony także szefem sprzedaży we własnym biznesie. Chciałbym po pięciu latach mieć trochę większy spokój potrzebny do tego, by rozwijać swój projekt podróżniczy, ale sporo wyzwań podejmuję także w codziennej pracy dziennikarskiej. Muszę się podciągnąć biznesowo, ponieważ nie studiowałem w żadnej szkole biznesowej. Zastanawiam się, czy nie powinienem przygotować się merytorycznie do tego, co już robię od kliku lat – do prowadzenia biznesu. Chciałbym, by pewne rzeczy wynikające z doświadczenia, z serca, z emocji i pasji miały też podłoże merytoryczne. Mam poczucie, że mi tego brakuje, i nie wstydzę się o tym powiedzieć. Chciałbym się na tym skupić. To dobry kierunek, zwłaszcza dziś, gdy o start-upowcach słyszymy głównie, że to szaleni ludzie, którzy coś sobie wymyślili, później ktoś do nich przyszedł i powiedział: „Dobra, ja wiem, jak to ogarnąć, i mam gotówkę, zrobimy to razem”. A ja lubię robić wszystko sam, więc wolę do serca i entuzjazmu dołożyć trochę wiedzy wynikającej z książek i wykładów, która pozwoli mi to lepiej kontrolować.

Czyli studia?

Wygląda na to, że tak. Zdążę jeszcze przed czterdziestką.

Doskonale.
Powodzenia. 

2017-02-03 09:13 Opublikował: Benefit



Reklama:

tel. kom: 508-548-308

Redakcja:

Newsletter


Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowo-promocyjnych oraz na otrzymywanie od Spółki oraz podmiotów wchodzących w skład Grupy Kapitałowej Benefit Systems S.A. za pomocą środków komunikacji elektronicznej
... Rozwiń
Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych przez Spółkę, zgodnie z ustawą z dn. 29.08.1997r. o ochronie danych osobowych (tekst jedn. Dz. U. z 2002r. Nr 101 poz. 926, ze zm.) w celach marketingowo-promocyjnych oraz wyrażam zgodę na otrzymywanie od Spółki i informacji handlowych za pomocą środków komunikacji elektronicznej, zgodnie z ustawą z dn. 18.07.2002r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną (Dz. U. Nr 144, poz. 1204 ze zm.). Jednocześnie wyrażam zgodę na przekazanie moich danych osobowych przez Spółkę podmiotom z Grupy Kapitałowej Benefit Systems S.A. w celach marketingowo promocyjnych związanych z promocją lub reklamą produktów i usług oferowanych przez te podmioty jak również wyrażdam zgodę na otrzymywanie od tych podmiotów informacji handlowych za pomocą środków komunikacji elektronicznej, zgodnie z ustawą z dn. 18.07.2002r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną (Dz. U. Nr 144, poz. 1204 ze zm.) Zgody mogą być odwołane w każdym czasie. Administratorem danych osobowych jest Benefit IP Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością spółka komandytowa ul. Canaletta 4, 00-099 Warszawa. Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych i nie będą udostępniane innym odbiorcom. Ich podanie jest dobrowolne, a każda osoba ma prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania oraz wyrażenia sprzeciwu wobec ich przetwarzania.