Miesięcznik Benefit – miesięcznik kadrowych, kierowników i dyrektorów HR

Strona główna » Motywacja

Im mniej gram, tym więcej żyję!

Im mniej gram, tym więcej żyję!
Z zapisu rozmowy Anny Seniuk z Magdaleną Małecką- Wippich, rozmowy matki z córką, wyłania się niezwykle ciekawy, a jednocześnie bardzo osobisty portret aktorki / Fot. Wojciech Rudzki
Z Anną Seniuk rozmawiała Katarzyna Patalan

Spotykamy się dziś w Łomży, ale to nie jest pani pierwsza wizyta w tych okolicach. Ponad 30 lat temu w Bronowie i Niwkowie kręciliście plenery do „Konopielki”. Wspomina pani o tym w swojej najnowszej książce, którą napisałyście wspólnie z córką. W „Konopielce” też zagrała pani z córką… Pamięta pani te malownicze widoki z rzeką w tle?

W trakcie kręcenia scen do „Konopielki” byłam w błogosławionym stanie, mogę powiedzieć, że przyjeżdżałam tu z córką. Właściwie ten film zaczęłyśmy razem i skończyłyśmy razem. Chociaż niewiele brakowało, abym nie zagrała w tym filmie i zrezygnowała z roli Handzi właśnie z powodu ciąży. Wówczas scenarzysta Edward Redliński zdecydował: „Jedno dziecko więcej, jedno dziecko mniej na wsi, nie ma znaczenia”. Dopisał scenkę, a właściwie zdanie: „Kaziuk, ja zaciężyła”. A więc dzięki temu moja córeczka towarzyszyła mi aż do końca filmu. Przyjeżdżałam tu także z moim synkiem Grzegorzem, bo nie miałam go wtedy z kim zostawić w Warszawie, nocowaliśmy właśnie w hotelu w Łomży. Doskonale pamiętam pełne uroku, spokojne, rozlewne okolice tych stron do dziś. Pamiętam też okropny upał, gdy kręciliśmy scenę żniw. W dziewiątym miesiącu ciąży musiałam boso biegać po rżysku, podbierać i stawiać snopki. W filmie to krótka scena, ale była kręcona dzień czy dwa w palącym słońcu.

Nie bez powodu na początek zapytałam o „Konopielkę”, o film, bo myślę, że dla większości widzów, którzy znają panią z ekranu telewizyjnego, jest pani właśnie Handzią z „Konopielki”, Magdą Karwowską z „Czterdziestolatka” czy Magdą Domaradzką z „Czarnych chmur”. Niewiele brakowało, by na pani filmowym koncie znalazła się także rola Jagny w „Chłopach” w reż. Jana Rybkowskiego. Odrzuciła pani tę propozycję. Czy kiedykolwiek pani tego żałowała?

W naszym zawodzie odmawianie roli nie jest niczym nadzwyczajnym. Bywa też, że trafia się rola, bo właśnie ktoś zrezygnował. Na przykład nie brano pod uwagę mojego udziału w filmie „Bilet powrotny” ‒ ale w ostatniej chwili obsadzona aktorka zrezygnowała i poszukiwano kogoś, kto zagra Antoninę. To bardzo ważny film w moim życiu i wielu widzów pamięta mnie także z tej ekranizacji. A odmówiłam zagrania Jagny z powodów osobistych.

Zdradza je pani w książce „Nietypowa baba jestem”. Ale to nie szklany ekran, a właśnie teatr stał się pani życiem, pani pasją. O swojej drodze i najciekawszych rolach opowiada pani we wspomnianej już publikacji. W 1971 r. w „Kardiogramie” (reż. Romana Załuski) jako pierwsza polska aktorka pokazała pani piersi.

Muszę sprostować, że pierwsza była Hanna Skarżanka, której w „Młodości Chopina” w ostatniej scenie zostaje rozerwana bluzka i na krótki moment oczom widzów ukazują się jej nagie piersi. Natomiast w „Kardiogramie” była to dłuższa scena, która być może wcale nie byłaby zauważona, gdyby nie zdjęcia z planu, które zostały opublikowane w „Ekranie”.

Dziś to nie wywołałoby takiego poruszenia, ale wtedy…

Po emisji filmu ukazywały się różne notatki, recenzje, felietony. Ta scena była przełomowa. Chodziło o pokazanie mojej relacji z kochankiem. Grałam bohaterkę niespełnioną w małżeństwie, która przy kochanku czuła się kobietą szczęśliwą i spełnioną, chodziło więc o uchwycenie tego nastroju. Reżyser długo namawiał mnie do zagrania tej sceny, bo nie jestem aktorką odważną, wręcz przeciwnie. Właśnie o tych moich lękach, podejmowaniu wyzwań, determinacji opowiadam autorce książki. Bo moja introwertyczna natura nie jest pomocna w tym zawodzie. Biorę więc to, co niesie życie, i nie walczę o pozycję i role. Gdy dużo gram, dobrze, a gdy mało… to też dobrze, bo mam więcej czasu dla siebie. Im mniej gram, tym więcej żyję! Nauczyłam się, że każda sytuacja ma swoje plusy. Los był raz hojny, raz mniej hojny, ale i tak miałam dużo szczęścia.

Czy to pani introwertyczna natura przyczynia się do takiej postawy wobec życia?

W ostatnim roku zrezygnowałam z zagrania w trzech filmach, które zostały bardzo dobrze przyjęte. Nie chcę mówić, o które ekranizacje chodzi, ale aktorki, które zagrały „zamiast mnie”, dostały wiele nagród. Miałam taką sytuację rodzinną, że musiałam zostać w domu, ale nie żałuję. Żałowałabym, gdybym zagrała w filmie i nie mogła zająć się sprawami, które były dla mnie ważniejsze.

Jak bardzo, według pani, w ostatnich latach zmienił się rodzimy świat aktorski? W książce przyznaje pani, że „szybkość, powierzchowność i jednorazowość” napawają panią lękiem, że na premierach kinowych i teatralnych opowiada się, w co aktor jest ubrany, a nie o roli, o sztuce. Kiedyś było inaczej?

Na szczęście nie jestem celebrytką, więc nie mam takich problemów. U mnie nic się w tej materii nie zmieniło. Od lat hołduję zasadom, które wpajano mi w Szkole Teatralnej w Krakowie. Przygotowywano nas głównie do pracy w teatrze. Wtedy nie było innych możliwości, chociażby np. gry w telewizji, dubbingu czy show-biznesie. Szkołę krakowską cechuje ogromna rzetelność i pewien rodzaj czeladnictwa. To znaczy mieliśmy mistrzów i autorytety, w które byliśmy wpatrzeni. Układ czeladnik– mistrz był pewnym standardem. Teraz jeżeli dostaje się rolę od razu po szkole i zagra się ją dobrze, otrzymuje się wielką szansę. Z dnia na dzień młody człowiek może zostać gwiazdą, może zostać celebrytą, ale później jest trudno utrzymać odpowiedni poziom. Trudno jest znieść klęskę, ale równie trudno jest znieść sukces. Utrzymać się na odpowiednim poziomie i nie zagubić się w tym sukcesie. Dzisiejszej młodzieży jest dużo trudniej. Młodzi widzą pędzący świat i słyszą za plecami: „Kto jest szybszy, ten jest lepszy”, a w zawodzie aktora – jak w każdym zawodzie artystycznym – chociażby muzyka, który latami ćwiczy, bo nie da się w tydzień nauczyć gry na fortepianie i zagrać Mazurka Chopina. Muszą ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Więc czują się trochę zestresowani, bo świat pędzi, a oni w stosunku do świata stoją w miejscu. A później świat nie zawsze wynagradza ich za ten trud.

Kształci pani przyszłych aktorów. Jak z perspektywy pedagoga ocenia pani młodych marzących o zawodzie aktora? Są gotowi na tę ciężką pracę, na poświęcenie?

To jest trochę inna młodzież, która nie szuka blichtru i szybkiego sukcesu. To są ludzie, którzy już właściwie od dzieciństwa są naznaczeni jakąś pasją. Zazwyczaj działają w kółkach artystycznych, biorą udział w konkursach recytatorskich, więc w zasadzie są to ludzie, którzy już wiedzą, czego chcą. Oczywiście są osoby, które rozczytane w kolorowych pisemkach myślą, że ukończenie uczelni artystycznej powoduje, że się jest pięknym, zdrowym, bogatym, a cały świat leży u stóp. A tak nie jest. W szkole teatralnej studenci bardzo ciężko pracują. To są studia, w trakcie których nie ma wolnych sobót, wolnych niedziel. Nie można się tego zawodu nauczyć ze skryptu w domu. To są cztery lata rezygnacji ze świata i właściwie z młodości. Studenci są wiecznie zmęczeni, niewyspani, bo chcą dotrzeć do upragnionego celu. Oczywiście zdarzają się ludzie, którzy trafiają tu przez pomyłkę. Nasi studenci mają potrzebę opowiedzenia o czymś ważnym, zabrania widza w świat, w którym można się uśmiechnąć, pomyśleć i wzruszyć. Nie twierdzę, że teatr zmienia świat, ale teatr może zatrzymać czas i spełnić nasze marzenie, by na chwilę stać się kimś innym.

Jednak dzisiejszy rynek pracy dość surowo ocenia młodych rozpoczynających życie zawodowe: roszczeniowi, zbyt pewni siebie. Uważa pani, że to krzywdzące?

Są dziesiątki osób, które są pracowite i skromne. O nich się nie mówi, bo jeżeli komuś zabrakło szczęścia, to niechętnie udziela wywiadów i opowiada o swojej porażce. Ale są osoby, które na pewno zasługują na uwagę i wierzę, że znajdą swoje miejsce w tym zawodzie. Nie można mówić, że pokolenie jest roszczeniowe, to krzywdzące generalizowanie.

Czasem aktorzy, którzy radzą sobie z graniem przed kamerą, nie dają sobie rady na deskach teatru.

Teatr wymaga zupełnie innego przygotowania, innego warsztatu niż kino, to jak gra na innym instrumencie. Naszym instrumentem jest nasz głos, ciało i musimy się nauczyć operować tym instrumentem. Nie da się z filmu wskoczyć na scenę, jeżeli człowiek się na tym instrumencie nie nauczy grać. Nie ma takiej możliwości.

Pani doskonale łączy grę zarówno na scenie, jak i przed kamerą.

Bo jestem po szkole zawodowej i posiadłam niezbędne rzemiosło. Jedni mają większe predyspozycje, inni mniejsze. Jedni pianiści zostają orkiestrowymi muzykami, inni solistami, tak jak w naszym zawodzie. W teatrze są aktorzy grający drugi, trzeci plan i ci, którzy są na pierwszym planie. Jest selekcja naturalna, scena to okrutnie weryfikuje i odsiewa tych, którzy nie potrafią sobie poradzić.

Przyznała pani, że bliskie jest pani porównanie aktora do boksera i słowa Ala Pacino: „Dobry bokser nie powinien walczyć poza ringiem czy wdawać się w bójki barowe”. Może pani rozwinąć tę myśl?

Nie wszyscy aktorzy hołdują temu przesłaniu, dla mnie oznacza to, że kiedy idę do teatru, oddaję się cała swojej pracy. Gdy schodzę z tego ringu, jak mówi Al Pacino, myślami jestem już w domu. Mam swoje pasje, rodzinę, dzieci, wnuki. Schodzę ze sceny i jestem szczęśliwa, że moje życie toczy się dwutorowo. Teatr jest jedną z pasji mojego życia, ale jedną z wielu, które mam. Teatr nie jest całym moim życiem. Jest częścią mojego życia, a równolegle toczą się inne sprawy, są inni ludzie, inne spotkania, inne okoliczności. Zawsze starałam się szukać miejsc na wakacje lub wypoczynek z dala od teatru, z dala od ludzi teatru. Nigdy to nie były kurorty, jakieś drogie hotele, zawsze to była jakaś gajówka z gospodarstwem albo jakaś leśniczówka w puszczy. Uprawiałam sport, jeździłam na nartach, konno, uprawiałam żeglarstwo ‒ to też są moje pasje.

Takie podejście pozwala pani na zachowanie równowagi między życiem prywatnym a zawodowym.

Tak, z pewnością. Daje mi to pewną siłę.

„Nietypowa baba jestem” – to tytuł książki, która powstała we współpracy z pani córką. Skąd zrodziła się w pani taka potrzeba poukładania losów rodziny, usystematyzowania przebiegu swojej kariery? Publikacja jest bardzo osobista…

Ludzie sobie zupełnie inaczej mnie wyobrażają. „Anna Seniuk to osoba nie najlepiej zorganizowana, mówiąc krótko Anna Seniuk to chaos” – jak pisze np. moja córka. Gdy zabierałam się do remontu, który zorganizowała mi moja Magda, rozsypały mi się wszystkie zdjęcia, listy i dokumenty. Było już za późno na ich chronologiczne ułożenie i nie było już kogo spytać, kto jest kto. Wtedy dostałam propozycję z wydawnictwa, które chciało wydać książkę o mnie. Pomyślałam, że aby ją napisać, trzeba sobie odpowiedzieć na dwa pytania: po co i dla kogo? Pretekstem stała się moja rodzina, moje dzieci, moje wnuki. Chciałam, żeby dowiedziały się czegoś o babci, prababci i praprababci. Ale chciałam też napisać o codziennych zdumieniach, o relacjach z ludźmi, których spotkałam, i o tych, których nie miałam szczęścia spotkać, o rodzinie, o przyjaciołach, o teatrze, bo nie udałoby się opowiedzieć o moim życiu bez dotknięcia mojej drogi zawodowej. Córka w swoich esejach na mój temat opisuje mnie oczami dziecka, dziewczynki, dojrzałej artystki, to wizerunek, który jest nieco inny od słodkiej, kochanej pani Ani stworzonej przez media. Pisze o osobie, która, jeśli trzeba, to walnie pięścią w stół. Z tej książki dowiedziałam się także m.in., że jestem osobą upartą, a przysięgłabym, że jestem osobą spolegliwą (śmiech). Ostatnią rzeczą, jaką bym o sobie pomyślała, jest to, że moją cechą jest upór. Bardzo się cieszę z powstania tej książki, bo nie tylko okazało się, że ja nietypowa baba jestem, ale też nietypowa książka została napisana. Dlaczego nietypowa? – o tym wspominam w książce. Takich kobiet jest niewiele, wśród nich także moja córka. W całej reszcie jestem „typowa”. A tytuł można czytać też z przecinkiem: Nie, typowa baba jestem.

Stwierdziła pani, że w „życiu najważniejsze jest dzielenie się, dawanie siebie innym”. Przez lata udało się pani pogodzić rolę aktorki z rolą matki, dziś także z rolą babci. Pozostaje pani wciąż aktywna zawodowo… Miewa pani chwile słabości w tej gonitwie? Co sprawia, że pani odnajduje w sobie spokój?

Jestem introwertyczna i zamknięta w sobie. Od dzieciństwa uczyłam się zawsze radzić sobie sama. Moje dzieciństwo nie było najłatwiejsze, ponieważ przyjechaliśmy jako repatrianci, czyli mówiąc językiem właściwym – zostaliśmy wypędzeni z całą rodziną, z dziadkami, ze stryjkami – cała nasza rodzina bardzo się rozproszyła. Szukaliśmy swojego miejsca przez wiele lat. Ciągle były przeprowadzki, nowe miejsca, szkoły, koleżanki. Nauczyłam się istnieć w świecie niepewności, braku stałego miejsca ‒ dosłownie i w przenośni. W dzieciństwie radziłam sobie z brakiem stabilizacji, takie sytuacje, jak samotność, nie są mi straszne. Lubię tę swoją samotność. Córka pisze, że kojarzy mnie ‒ bo przyjechaliśmy ze Wschodu ‒ z takim czarnoziemem ukraińskim. Mój upór polega chyba na tym, że idę powoli jak walec, ale po swoje...

Jednym z pani marzeń od lat było posiadanie domku na wsi. Spełniła je pani kilka lat temu. Z pani opowieści o domku pod Przemyślem wyłania się historia niezwykle magicznego miejsca…. Jest dla pani ważne?

To dla mnie bardzo ważne miejsce, a ponieważ łatwo poddaję się emocjom, kupiłam chatkę, którą się zachwyciłam, zapominając, że jest ona położona 400 km od Warszawy. Ale mimo wszystko bardzo się cieszę, bo to ma również swoje dobre strony –jestem tam w absolutnej samotni.

Domek pod Przemyślem, Warszawa, Kraków... Od dziecka, od wyjazdu ze Stanisławowa, żyła pani na walizkach – dziś znalazła pani już swoje miejsce?

Kraków zastąpił mi rodzinne miasto. Mieszkałam tam do 28. roku życia, w najbardziej intensywnym okresie młodości. Matura, studia, pierwsza praca, pierwsze radości, smutki, łzy, rozpacze, miłości i tak dalej. To wszystko w tym okresie życia jest bardzo intensywne, zresztą Kraków jest fantastycznym miejscem dla młodzieży, pełnym uczelni, wszyscy tu się znali, spotykali na Rynku. Warszawa to zupełnie inne miasto. Miałam to szczęście, że byłam w Krakowie. Jednak najlepiej czuję się w swojej chatce. Poza niezwykłym urokiem ma jeszcze jeden atut ‒ jest na wschodzie, a więc bliżej moich rodzinnych stron.

2017-05-10 09:06 Opublikował: Benefit

Reklama:

tel. kom: 508-548-308

Redakcja:

Newsletter


Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowo-promocyjnych oraz na otrzymywanie od Spółki oraz podmiotów wchodzących w skład Grupy Kapitałowej Benefit Systems S.A. za pomocą środków komunikacji elektronicznej
... Rozwiń
Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych przez Spółkę, zgodnie z ustawą z dn. 29.08.1997r. o ochronie danych osobowych (tekst jedn. Dz. U. z 2002r. Nr 101 poz. 926, ze zm.) w celach marketingowo-promocyjnych oraz wyrażam zgodę na otrzymywanie od Spółki i informacji handlowych za pomocą środków komunikacji elektronicznej, zgodnie z ustawą z dn. 18.07.2002r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną (Dz. U. Nr 144, poz. 1204 ze zm.). Jednocześnie wyrażam zgodę na przekazanie moich danych osobowych przez Spółkę podmiotom z Grupy Kapitałowej Benefit Systems S.A. w celach marketingowo promocyjnych związanych z promocją lub reklamą produktów i usług oferowanych przez te podmioty jak również wyrażdam zgodę na otrzymywanie od tych podmiotów informacji handlowych za pomocą środków komunikacji elektronicznej, zgodnie z ustawą z dn. 18.07.2002r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną (Dz. U. Nr 144, poz. 1204 ze zm.) Zgody mogą być odwołane w każdym czasie. Administratorem danych osobowych jest Benefit IP Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością spółka komandytowa ul. Canaletta 4, 00-099 Warszawa. Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych i nie będą udostępniane innym odbiorcom. Ich podanie jest dobrowolne, a każda osoba ma prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania oraz wyrażenia sprzeciwu wobec ich przetwarzania.