Na marzenia nigdy nie jest za późno

Z Urszulą Dudziak rozmawiała Katarzyna Patalan

fot. Kayax / Adam Płuciński

Niedawno (22 października – przyp. red.) świętowała pani 75. urodziny. Jest pani w doskonałej formie. Aktywność fizyczna to pani sposób na dobre samopoczucie i nienaganną sylwetkę?

Myślę, że wszystko zaczyna się w głowie. To stan umysłu decyduje o tym, jak się czujemy, jakie mamy nastawienie. Nie warto rozpamiętywać tego, co było, bo to nigdy nie wróci, trzeba uczyć się uważności i żyć teraźniejszością. To, co myślimy, jak siebie widzimy, jak dbamy o swoje myśli, jest najważniejsze. Gdy mentalnie – w głowie – będziemy pochmurni, nie będzie nam się chciało podejmować żadnej aktywności fizycznej. Przede wszystkim jasność umysłu i postrzeganie świata w jasnych kolorach mobilizuje nas do tego, żeby dbać o siebie. Mówi się: „w zdrowym ciele zdrowy duch”, a ja mówię odwrotnie: „w zdrowym duchu zdrowe ciało”. Od tego się zaczyna.

Pani dba o ducha, więc i chęci do ćwiczeń są.

Gdy wstaję rano, skaczę na trampolinie. Rezygnuję z tego, gdy się gdzieś śpieszę, więc czasem zaniedbuję ten rytuał, ale potem wracam do niego i nadrabiam zaległości. Poza tym wszędzie latam na piechotę.

Lub tramwajem. Na dzisiejsze spotkanie też?

Nie. Mieszkam tu w okolicy. (śmiech) Mam mieszkanie na pierwszym piętrze, nigdy nie biorę windy, chyba że mam ciężką walizkę, to wtedy tak. Miernikiem mojej dobrej formy jest właśnie wchodzenie po schodach – jeśli wlatuję szybko, lekko i bez wysiłku, wtedy jest okej. Czasami zdarza mi się, że wchodzę po tych schodach i niby jest lekko, ale czuję, że na ostatnich stopniach muszę odetchnąć. Wtedy zastanawiam się, co zrobiłam nie tak. Może się nie wyspałam, może przesadziłam z jedzeniem. Nie dręczę się tym, ale wysnuwam wnioski i słucham siebie. Kiedyś, gdy czegoś nie mogłam znaleźć, klęłam jak szewc i obwiniałam się, a teraz mówię: Urszulko, Uleńko, znajdziesz to za chwilę – i to jest mój wynalazek. I działa. Zmiana nastawienia w tej sytuacji czyni cuda.

W swojej najnowszej książce w żartobliwy sposób napisała pani, że tenis to pani zawód, a muzyka – hobby, ale to miłość do muzyki zawiodła panią na światowe sceny i dała możliwość pracy z najlepszymi, przyniosła światową sławę – co zdecydowało, że wybrała pani muzyczną drogę?

Od kiedy pamiętam, zawsze byłam związana z muzyką. Jako mała dziewczynka grałam na akordeonie, potem na pianinie, potem zaczęłam śpiewać do pianina, a potem zostawiłam fortepian i zostałam ze śpiewaniem. Moi rodzice byli muzykalni i w domu zawsze było dużo muzyki. Myślę, że bardzo ważne jest, żeby dzieci mogły obcować z instrumentem od urodzenia i aby muzyka towarzyszyła im jak najczęściej, bo ona uwrażliwia i jest integralną częścią człowieka. Bardzo ważne jest, żeby dzieci słuchały muzyki. Powinno być o wiele więcej muzyki w szkole. Powinny być kółka muzyczne – tak było kiedyś – a teraz, niestety, wychowanie muzyczne jest zaniedbane. Mam nadzieję, że to się zmieni. Zawsze liczę na to, że będą zmiany na lepsze, chociaż różnie z tym bywa.

Oczywiście z tenisem to był żart, dowcip. To jest moje hobby. Gdyby to był mój zawód, to chyba bym poszła z torbami. Chociaż Wojtek Fibak powiedział kiedyś, że gdybym zajmowała się tenisem od dziecka, mogłabym daleko zajść. Rzeczywiście mam dryg do tenisa, więc kto wie. Kocham grać. Gram cały czas, biorę udział w turniejach. Daje mi to niesamowitą radość. Ruch, fajne towarzystwo – na ogół spotykam na korcie artystów – to dodatkowa frajda, jaką sprawia mi uprawianie tego sportu. Niektórzy podchodzą do gry w tenisa serio, ambitnie i denerwują się, gdy przegrywają, a ja jestem po prostu na korcie – obojętnie, czy wygrywam, czy przegrywam, jednakowo do tego podchodzę. Ja to kocham. To jest dyscyplina, którą uwielbiam.

Pani Urszulo, w jednym z wywiadów przyznała pani, że wkurza się, iż powszechnie panujący kult piękna i młodości przyczynia się do tego, że nie ceni się dojrzałego wieku, mądrości… Czy uważa pani, że kobiety są dyskryminowane ze względu na wiek?

Oczywiście. Inwestuje się przede wszystkim w tych, którzy kupują np. ubrania, czyli na ogół młodzi ludzie, którzy ulegli terrorowi trendu. Nazywam terrorem trendu wciskanie ludziom, a szczególnie młodym, kosmetyków mających zapewnić im zachowanie młodości: masz zmarszczki, bach – krem przeciw zmarszczkom jeszcze przed trzydziestką. „Stara” mówi się już o kobiecie 50-letniej, 60-letnia to już w ogóle nie ma prawa korzystać z życia, a 70-latka… to ona jeszcze żyje? (śmiech). To stereotyp, z którym walczę, bo takie podejście jest bardzo niesprawiedliwe i krzywdzące.

Mądrość, wiedzę można wygooglować, natomiast doświadczenia nie wygoogluje się nigdzie. Doświadczenie przychodzi z wiekiem. Myślę, że producentom chodzi o to, by nas podzielić. Żeby starsza generacja chciała się koniecznie odmłodzić, stąd kremy, maseczki, zabiegi, a ci młodzi z kolei patrzą na tych starszych i myślą sobie: co wy tu robicie? Spadajcie. Uważam, że to jest bardzo szkodliwe. Powinniśmy przyjaźnić się z młodzieżą, a młodzież powinna się przyjaźnić ze starszymi. My się możemy dużo od was nauczyć, a wy od nas. Tak powinno być.

Jestem zodiakalną wagą, może dlatego hołduję zasadzie równowagi. Staram się dawać kobietom nadzieję, opowiadając o sobie i inspirując. To nie wiek determinuje sposób, w jaki żyjemy. Dojrzałe kobiety również mogą realizować marzenia. Obecnie buduję z moim narzeczonym domek na wsi, choć brat pozwolił sobie to skomentować w charakterystyczny dla niego sposób: „Wy to trumienkę sobie szykujcie, a nie dom budujecie”.

Brat chyba zawsze panią – powiedzmy – stopował.

Tak. Hołdował stereotypowi, że kobieta powinna być lekarzem, powinna opiekować się domem, wychowywać dzieci, albo właśnie udzielać się w zawodach typowo kobiecych, a artystka, szczególnie śpiewaczka – co to w ogóle za zawód. Raz się jest, raz się nie ma, to taki niepewny status. On tak to postrzegał, a ja widzę tę kwestię zupełnie inaczej.

Przyznam, że dostaję różne maile. Kiedyś napisała do mnie 50-letnia kobieta, która też chciała zbudować dom, ale stwierdziła, że jest za stara. Gdy usłyszała moją historię – zmieniła zdanie.

Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć dom na wsi, ale nigdy jakoś się nie składało, bo moi partnerzy, czy mężowie, byli miastowi, jak np. Urbaniak. Wieś dla niego to… – o czym my w ogóle mówimy... A ja marzyłam, by mieć swój dom na wsi. Gdy spotkałam Bogdana, okazało się, że on też miał takie marzenia. Teraz budujemy dom i mamy z tego wielką frajdę. I nieważne, jak długo tam pomieszkamy. Mam zamiar mieszkać w tym domu jak najdłużej. (śmiech) Pytano mnie nieraz, jak długo mam zamiar żyć – oczywiście do śmierci, i nie ma co dywagować, nie ma co w ogóle się nad tym zastanawiać.

Często jeździ pani do Szwecji – zauważyła pani, że tam kobiety po siedemdziesiątce funkcjonują inaczej. Czyli jak?

U Szwedów bardzo mi się podoba to, że w każdej społeczności, nawet tej najmniejszej – na wsi czy w miasteczku – ludzie spotykają się i spędzają razem czas. Mają swój chór, organizują rożnego rodzaju spotkania, wieczorki, tańczą, jeżdżą na wspólne wycieczki, podróżują. U nas wygląda to inaczej. Obserwując mieszkańców wsi, w której buduję dom, zauważyłam tę różnicę. To w większości rolnicy, którzy żyją zgodnie z rytmem wyznaczonym przez pory roku, obowiązki w polu. Bardzo ciężko pracują i nie wyobrażają sobie, że można mieć wolny czas i spędzić go razem z innymi, np. zorganizować wspólne warsztaty w wiejskiej świetlicy. Dlatego podoba mi się w Szwecji. Tam wiek nie determinuje tego typu ograniczeń.

Zauważyłam, że w szwedzkiej telewizji nie wszystkie dziennikarki to młode i piękne panie. Ceni się wiedzę, doświadczenie, profesjonalizm, a nie tylko młodość i urodę. Należy jednak uwzględnić różnice kulturowe. Amerykanie lubią się chwalić, Szwedzi natomiast są bardzo skromni i jeśli ktoś się chwali, to już zaczyna być podejrzany. Jeśli chodzi o wiek, podobnie jak w Ameryce – nie jest on aż tak ważny. Pamiętam, że gdy przyjechałam do Nowego Jorku, dziwiły mnie odważnie ubrane panie, które wówczas postrzegałam jako kobiety w podeszłym wieku. Musiałam się do wielu rzeczy przyzwyczaić i zrozumieć, że tak powinno być, że to jest sprawiedliwe, że człowiek jest wolny. Nie istnieje coś takiego, jak „nie wypada”, to są dwa słowa, które powinny wyjść z użycia – oczywiście w kontekście, o którym rozmawiamy.

Widzę w pani wielką ambasadorkę kobiet. Dzieli się pani swoją dobrą energią – kobiety potrzebują wsparcia?

Myślę, że kobiety są niedowartościowane, że jest im o wiele trudniej tak w ogóle, generalnie. Zawsze miały trudniej, w związku z tym są o wiele lepiej uposażone. Niestety, uwarunkowania społeczne nie pozwalały im rozwijać skrzydeł, wykorzystywać swojego potencjału. Gros z nas nawet nie ma świadomości, jaki niesamowity potencjał w nas drzemie. Kobiety są szalenie skuteczne, dobrze zorganizowane, a przy tym empatyczne i wrażliwe na innych ludzi.

Jestem przekonana, że mogłybyśmy poprawić świat, mogłybyśmy o wiele więcej zrobić, by żyło się nam wszystkim lepiej. Kobiety to takie wilczyce, a nas się cały czas gdzieś tam upycha, odpycha, wmawia nam, że powinnyśmy robić tylko to, do czego jesteśmy stworzone. A my przecież wiemy, co potrafimy, a potrafimy dużo więcej, niż tylko to, co się w nas dostrzega. Myślę, że trzeba otworzyć kobiety, by mogły uwierzyć w siebie.

Uważa pani, że kobiety powinny być bardziej widoczne w polityce, biznesie, życiu społecznym?

Ależ oczywiście. Nie wiem, czego teraz uczy się w szkole, ale czarno to widzę. Należy zmienić myślenie, uczyć dziewczynki poczucia własnej wartości i wspierać w rozwoju potencjału. To jest duże wyzwanie, ale wydaje mi się, że mówienie o tym, pisanie o tym pobudzi kobiety do życia.

Jakiś czas temu moi sąsiedzi wybrali mnie na przewodniczącą wspólnoty mieszkaniowej. Na początku oponowałam, bo się na tym nie znam, poza tym dużo podróżuję, ale ostatecznie zgodziłam się. Dziś nie żałuję, bo doskonale sobie radzę. Zdobyłam wiedzę o zasadach funkcjonowania wspólnot, jestem otoczona ludźmi, którzy się nawzajem znają i bardzo mi pomagają. W trudnych sprawach, kiedy coś trzeba wywalczyć, po prostu idę, biorę siekierkę, pomacham nią (śmiech) – i walczę. Mam swoje metody, uśmiecham się, jestem miła, przychodzę, czaruję, rozbrajam. Myślę, że szalenie ważne jest podejście do ludzi.

Trzydzieści lat spędziła pani w Ameryce – tam bycie skromnym postrzegane jest jako brak pewności siebie – w Polsce wprost przeciwnie. Moja babcia zwykła mawiać: „Siedź w kącie, (a) znajdą cię” – to chyba nie działa?

Absolutnie nie! Siedząc w kącie, nie masz gwarancji, że ktoś cię znajdzie. Najprawdopodobniej nikt cię nie znajdzie. Nie tędy droga, trzeba wyjść z ukrycia. Potrzebne są do tego takie osoby jak ty czy ja – i mówienie o tym głośno. Wielu rzeczy nauczyłam się z książek, po prostu dużo czytam. Zawsze mam przy sobie zielony notatnik, w którym notuję złote myśli, mądre i ciekawe stwierdzenia zapamiętane z rozmów z ludźmi. Rozwój i ciekawość świata są niezwykle ważne. Rzeczywiście trudno jest pomóc osobie, która w siebie nie wierzy, żyje w środowisku ludzi podobnych do siebie, nie czyta, nie jest zainteresowana rozwojem duchowym. Osoby otwarte i ciekawe świata, zainteresowane tym, co się wokół nich dzieje – są bardziej otwarte na zmianę. Tylko trzeba o tym dużo mówić, mówić, mówić…

Opowieściami ze swojego niezwykle ciekawego życia, którymi dzieli się pani czy to na koncertach, w książkach, czy na autorskim kanale na YouTube, bez wątpienia chce pani inspirować. Do zmiany, do myślenia, do podjęcia ryzyka?

Bardzo chcę inspirować. Dokładnie do tych trzech postaw, które wymieniłaś. To są kwestie podstawowe. Do przyjrzenia się swojemu życiu i zastanowienia się: co ja tu robię? Co ja dotychczas robiłam? Czy to daje mi szczęście? To, co powiem, to frazes, ale jeżeli my jesteśmy szczęśliwe, podajemy to szczęście dalej.

Może nieco banalne, ale prawdziwe.

Oczywiście. Warto się zastanowić, co ja w swoim życiu zrobiłam dobrze, a co źle. A jak coś zrobiłam źle, to dlaczego? Czy mnie to czegoś nauczyło? Trzeba poświęcić trochę czasu na myślenie, a nie tylko na prozę życia i telewizję. Najważniejsze, aby uwierzyć w swój potencjał, bo każdy ma jakiś talent. Tylko że my mamy zwyczaj mówić: a to mi się udało, ja już tak mam, takie mam geny. To są tłumaczenia trochę zalatujące lenistwem. Nie. To nie jest tak. Nie można wychodzić z założenia, że ja już tak mam, tylko tak sobie wymyśliłam, dlatego tak mam. I zapytać siebie – a mam dobrze czy źle? Bo jak mam dobrze, to dobrze, a jak mam źle, to trzeba to zmienić. I to wyłącznie w głowie się zmienia. Wiem to, bo wypróbowałam na sobie i to działa. Warto doceniać siebie i to, co się robi. Nie mówmy, że coś nam się udało, bo wówczas zakładamy, że nie ma w tym naszej siły sprawczej, że zadziałał tylko przypadek, może łut szczęścia, i nie wiadomo kiedy – i czy w ogóle kiedyś – znów coś się uda. Jeżeli uwierzysz, że twój sukces w jednej dziedzinie jest efektem pracy, że jest konsekwencją jakiegoś działania, to może w innej dziedzinie też osiągniesz sukces. Nie może, tylko na pewno! Bo jeżeli stać cię na jeden sukces, to i na kolejny cię stać. Na czym się skupiasz, to urośnie. Skupiasz się na czymś dobrym, na dobrej stronie swojego działania i charakteru, to dobro wtedy rośnie, to się pomnaża.

Czy zawsze jest czas, by coś zmienić, by zacząć od nowa?

Zawsze można. Dużo przeszłam w swoim życiu i mam ogromne doświadczenie. Zdaję sobie z tego sprawę, że jestem pozytywnym przykładem dojrzałej kobiety, która ma młodego ducha. Oczywiście natura się upomina o mnie tak czy owak – od czasu do czasu, jak mi coś tam doskwiera. Pamiętam, jak kiedyś leciałam samolotem i patrząc w lusterko, pomyślałam: o kurczę, tutaj mi coś wisi, tu się marszczy. Ale tak to już jest, to jest normalne. Niestety, gros kobiet jest tym faktem przerażona. Pogodzenie się z mijającym czasem było dla mnie naturalne. Najważniejsze to mieć młodego ducha, nie tracić dobrej energii, entuzjazmu, ciekawości świata i tego wszystkiego, co powoduje, że chce nam się żyć.

Wracamy do początku rozmowy, że wszystko jest w naszej głowie.

Wszystko jest w głowie. Jesteśmy otoczone stereotypami, uwarunkowaniami, wpajano nam, że czegoś nie wypada. W konsekwencji boimy się wyzwań, zanim coś zrobimy, zapytujemy siebie: a co inni sobie o tym pomyślą. Dla człowieka najwspanialszą wartością jest wolność. Trzeba uwolnić się od tego wszystkiego, otworzyć serce, otworzyć głowę – i wtedy można wieść dobre życie. Co więcej, warto się dzielić dobrą energią z innymi. I to jest fajne.

Na koncertach czuję, że to, co mówię do publiczności, jest przyjmowane pozytywnie, ludzie tego potrzebują – i potem oddają mi tę pozytywną energię. To jest sprzężenie zwrotne. Myślę, że to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego tak świetnie wyglądam, dlaczego się tak wspaniale czuję, i jeszcze mnie spotkało szczęście, że mam cudownego faceta, który mi przypasował i ja jemu, mam nadzieję. (śmiech)

„Tylko zdechłe ryby płyną z prądem” – to pani słowa. Czy pani zawsze była w kontrze, pod prąd? To naturalna postawa, czy może umiejętność, którą wykształciło w pani życie?

Wszystko zaczęło się od śpiewania. Moim guru zawsze była Ella Fitzgerald, wychowałam się na jej piosenkach, to moja największa inspiracja. Jednak w pewnym momencie mojego życia artystycznego doszłam do wniosku, że drugą Ellą nigdy nie zostanę. Ta świadomość pozwoliła mi wyruszyć na poszukiwanie siebie, swojego głosu. Próbowałam, próbowałam, nawet wycofałam się ze śpiewu na jakiś czas i nagle znalazłam coś, co mi bardzo przypasowało. Postanowiłam pójść swoją drogą. Nie chciałam nikogo naśladować.

Miałam niesamowitą potrzebę wyrażenia swojej wrażliwości czy muzykalności, pragnęłam wypowiedzieć swoją duszę, ale na swój własny sposób. To był początek zmiany. Potem zaczęłam się buntować na innych polach: a dlaczego ja nie mogę nosić krótkiej spódniczki, a z jakiej racji coś mi wypada lub czegoś nie wypada.

Właśnie to, że odnalazłam swój głos, dało mi dużo do myślenia. Zrozumiałam, że może też w innych dziedzinach mogę mieć coś do powiedzenia, być może nie tak unikalnego, bo to, co mówię, nie jest unikalne, to nie jest właściwie nic nowego, ale sposób, w jaki mówię, i że mówię to ja, osoba 75-letnia, która jest w bardzo dobrej formie, to jest też ważne. Ktoś mógłby powiedzieć: a tam jest taka jedna, ona skacze na scenie, ta, no nie wierzę. Ale jak się na mnie popatrzy, to się już wierzy.

Podkreśla pani, że kluczem do szczęśliwego życia jest poznanie prawdy o sobie, o tym, kim jesteśmy – ale jak się do niej „dokopać”?

Jeżeli chcesz, jeżeli naprawdę chcesz, to ją znajdziesz, tylko trzeba zacząć szukać, samo nie przyjdzie. Trzeba szukać odpowiedzi, czytać, przyglądać się, myśleć, sięgać głębiej, analizować. Zastanowić się nad tym, jak myśmy postrzegały kiedyś poszczególne sytuacje, jakie decyzje podjęłyśmy, dlaczego zrobiłyśmy taki ruch, a nie inny? I powoli, powoli, powoli będziemy zmierzały do sedna sprawy. Czyli do tego, czy podejmowałyśmy te decyzje w zgodzie ze sobą, bo już wtedy wiedziałyśmy, którędy chcemy iść, czy może popełniałyśmy błędy i teraz jest moment, żeby dowiedzieć się, kim jesteśmy. I nawiązać kontakt ze sobą, jak to ja mówię, z tą małą Krysią czy Basią, która nic nie wiedziała, ale wszystko czuła i była sobą.

I nigdy nie jest za późno, żeby odnaleźć w sobie tę prawdę?

Nigdy! I to jest właśnie stereotyp: a teraz już jest za późno, a ja teraz już nikogo nie znajdę, już za późno na nowy zawód, bo już nikt mnie nie będzie chciał. No nie można tak. Szkoda życia i nie tędy droga. Mówię to na własnym przykładzie, że nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń, na odkrycie swojego potencjału. Swój talent pisarski odkryłam parę lat temu i to jest fajne.

I czytelnicy panią pokochali. W październiku do księgarń trafiła pani druga autobiograficzna książka. Doskonale się ją czyta i można by wynotować z niej wiele smaczków. Odwołam się do przytoczonej przez panią dewizy życiowej – „Mniej pracować, mniej kupować, więcej czasu spędzać na łonie natury” – mogłaby pani rozwinąć tę myśl?

Za dużo pracujemy, jesteśmy zagonieni. Cały czas zasuwamy, przychodzimy do domu skonani. Trochę odetchnijmy. Kupujmy mniej, bo gromadzimy za dużo rzeczy. Kupujemy za dużo jedzenia, potem je wyrzucamy. Warto o tym mówić, bo staliśmy się bardzo konsumpcyjni.

Sama bardzo się staram pilnować w tym temacie. Kupiłam sobie nawet książkę „Magia sprzątania”1 i wielu rzeczy się pozbywam. Dorosłam do tego, żeby nie kupować. Idę do galerii i myślę: ale fajne białe spodnie, a przychodzę do domu i patrzę, że mam pięć par, a ta jest szósta. Co robię? Zostawiam dwie, cztery oddaję – podaję dalej, nigdy nie wyrzucam. Staram się też żyć ekologicznie.

Kocham miasto, kocham Warszawę, ale też uwielbiam jeździć na wieś. Tam po prostu jest raj. Jest trzydzieści kilometrów lasów, wokół nie ma żadnego przemysłu, tylko cisza. Mamy dwa koty, dwa psy, posadziłam jarmuż, mamy całe pole jarmużu. Zaprosiłam gości, zrobiłam jakieś potrawy, a niektóre przyrządzam naprawdę wspaniale. Ja to kocham, a Boguś to w ogóle wariuje. Szaleje tam na tych polach, sadzi, patrzy, jak to rośnie, buduje. No fantastycznie. To nas trzyma w pionie. I te spełniające się marzenia. Już teraz planuję napisanie następnej książki i myślę sobie: kurczę, fajnie mi to idzie, sprawia mi to radość.

I ludziom pani sprawia radość. Chwile spędzone z pani książką są naprawdę przyjemne. Przed nami święta, nowy rok za pasem – czego by pani sobie życzyła w nadchodzącym roku?

W tej chwili mam wiele zajęć i mnóstwo nowych pomysłów. Jestem częścią fantastycznego projektu „Kobiety śpiewają Cohena”. Jeździmy z tym programem po całej Polsce, daliśmy jedenaście koncertów. Graliśmy na Torwarze dla 3,5 tys. ludzi. Będę nadal prowadziła kanał na YouTube, myślę o następnej książce, chcemy skończyć dom, oczywiście nowa płyta. Ja się zastanawiam, co bym chciała zaśpiewać, tak żeby sprawić sobie jeszcze radość bez wysiłku. Tak po prostu zaśpiewać. Chciałabym życzyć wszystkim, żeby następny rok był dla każdego początkiem najlepszej passy. Niech się dzieją piękne rzeczy i aby było coraz lepiej, i żeby już tak zostało. I sobie tego życzę. Teraz mam cudowny czas i zastanawiam się, czy może być lepiej. Nigdy nie przypuszczałam – mając np. trzydzieści lat – że jako 75-latka będę patrzyła tak entuzjastycznie na świat, będę miała taką radość w sercu, takie otwarte serce i umysł, i możliwość spełniania marzeń, i cały czas myśleć, co jeszcze. I się rozglądać z zachwytem, jak jest fajnie, jak cudnie, jak mogę jeszcze innym pomóc, jak mogę nowe rzeczy wymyślać?

Po prostu cieszę się, że jestem! Mam coś z dziecka, taki zachwyt, jakby takie wow, które mają małe dzieci – to trzeba w sobie pielęgnować.

Na marzenia nigdy nie jest za późno.

Urszula Dudziak

Pobierz wydanie 12/2018

Zobacz również

Kobiety potrzebują więcej pewności siebie

Z Dorotą Strosznajder, dyrektor Działu Komunikacji Korporacyjnej oraz pełnomocnikiem ds. odpowiedzialności społecznej Henkel Polska, rozmawiał Rafał Mikołaj Krasucki

Trzeba mieć odwagę podejmować decyzje

Z Iwoną Guzowską rozmawiał Rafał Mikołaj Krasucki

Zamierzam pisać do śmierci i żyć długo

Z Katarzyną Bondą rozmawiała Katarzyna Patalan

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (niewielkie pliki tekstowe przechowywane przez przeglądarkę internetową na urządzeniu użytkownika) m.in. do analizy statystycznej ruchu, dopasowania wyglądu i treści strony do indywidualnych potrzeb użytkownika. Pozostawiając w ustawieniach przeglądarki włączoną obsługę plików cookies wyrażasz zgodę na ich użycie. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej znajdziesz w Polityce Prywatności.