Otaczam się ludźmi lepszymi od siebie

Z Michałem Żebrowskim rozmawiała Katarzyna Patalan

Fot. Marlena Bielińska

Teatr 6.piętro w ciągu niemal dekady działalności zgromadził blisko milion widzów. To imponujący wynik. Co sprawia, że spośród bogatej oferty teatromani wybierają 6. piętro?

Najkrócej rzecz ujmując, nasz teatr wyróżnia spośród innych jakość. Po prostu spektakl spektaklowi nierówny, teatr teatrowi nierówny, sposób pracy sposobowi pracy nierówny, artyści artystom nierówni, ale naszym marzeniem było to, aby stworzyć taki zawodowy ring aktorski. Nasuwa mi się analogia do mojej ulubionej dyscypliny sportowej, czyli boksu. Jest wielu olimpijczyków, amatorów sportu, którzy mają doskonałe osiągnięcia w boksie amatorskim. Natomiast jeżeli chcą, aby znał ich i podziwiał cały świat i żeby żyli z tego, co jest na początku wyłącznie ich pasją, muszą stanąć do ringu zawodowego i nie walczyć cztery rundy po dwie minuty, tylko dwanaście rund po trzy minuty.

To życiowa decyzja, do której muszą się odpowiednio przygotować przy wsparciu wielu ludzi, ekspertów, trenerów, dietetyków. Jeżeli aktor chce zagrać w konkretnym spektaklu, roli, z konkretnym tekstem, scenografem, reżyserem, z konkretnym terminarzem wystawiania tych spektakli, to może i chce skorzystać z zaproszenia do gry w Teatrze 6.piętro. Tu, na ringu aktorskim, w dobrze pojętym tego słowa znaczeniu, aktor bierze udział w spektaklu, który od A do Z jest świadomie przygotowywany zarówno przez producentów, czyli przez nas, jak i przez reżysera, aktorów, czyli wszystkich twórców.

Tu nie ma teatru, w którym aktor wykonuje dla siebie niezrozumiałe zadania aktorskie, tak jak to często bywa w teatrze instytucjonalnym, w którym niezwykle często, niezależnie od tego, czy nam się chce, czy nam się nie chce, musimy stosować się do tego, co wisi na tablicy ogłoszeń. Wówczas to dyrektor artystyczny teatru decyduje o tym, co będzie się działo z naszym życiem artystycznym przez kilka najbliższych sezonów.

U nas jest na odwrót. Obserwujemy twoją pracę, niezależnie czy masz 20, czy 80 lat, i widzimy ciebie w takiej, a nie innej roli, konfiguracji, spektaklu, tekście, kontekście. Wydaje mi się, że to jest metoda, na którą można było sobie pozwolić z racji tego, że nasz kraj po 1989 r. przeobraził się i diametralnie zmieniła się sytuacja ludzi sztuki, ludzi teatru. Oczywiście jest kontynuowany model teatru instytucjonalnego. Żeby była jasność – ja się z tego teatru wywodzę i uważam, że ten teatr ma niezaprzeczalne, wielkie zasługi dla polskiej kultury, tylko do 1989 r. był to w zasadzie jedyny model uprawiania teatru, jaki był możliwy. Zmiany polityczne i geopolityczne, które się dokonały, dały szansę na uprawianie teatru na warunkach takich, które znane są na świecie od kilkuset lat.

Czy to oznacza, że jeżeli aktor ma wpływ na to, co i jak zagra, przekłada się to na jakość spektaklu, a to właśnie jakość przyciąga widza?

Według mnie sposób pracy, o którym wspomniałem wcześniej, bardziej sprzyja sukcesowi przedstawienia, choć nie jest warunkiem koniecznym, żeby powstał dobry spektakl. Natomiast jest bardziej efektywny, jeżeli chodzi o ostateczny efekt artystyczny, niż w takiej instytucji, w której aktor, niezależnie od efektu osiągniętego przez przedstawienie, zarabia tyle samo.

Dyrekcja, która przygotowuje premierę – i niezależnie od tego, czy będą dwa przedstawienia, czy będzie kilkaset lub więcej spektakli – i tak dostanie budżet na przyszły sezon, bo zarządza instytucją państwową. Taki teatr funkcjonuje zupełnie inaczej niż w sytuacji, gdy składamy przedstawienie i gwarantujemy naszym artystom sto przedstawień po premierze w przeciągu trzech lat. Jeżeli się mylimy co do jakości scenografii lub przedstawienia, to nasze dzieci nie pojadą na wakacje, bo my nie mamy pieniędzy, nie mamy na wypłaty.

To nakłada na nas zupełnie inny sposób myślenia niż w teatrze, jak ja go złośliwie nazywam, komercyjnym – czyli państwowym, gdzie zawsze są pieniądze.

To jest jedna rzecz, a druga to chyba też to, że w świadomości artystów i widzów utarło się, że właśnie Teatr 6.piętro jest teatrem, który reprezentuje wyższy poziom artystyczny, gdzie nie wypada, że tak powiem, popełnić pomyłki artystycznej, która wynika z lenistwa albo zaniedbania. To się tutaj nie zdarza.

Pracują tu tak dobrzy aktorzy, że nie możemy sobie pozwolić na jakieś niedoróbki. To jest zdrowo pojęta konkurencja. Wydaje nam się, że im partner lepszy na scenie, tym twoja rola lepsza. Uważam, że im lepszy aktor, tym bardziej potrzebuje reżysera, bo jeżeli słaby aktor gra źle w przedstawieniu, nikt na to nie zwraca uwagi, bo on zawsze jest słaby, ale gdy dobry aktor gra źle – to zęby bolą podwójnie.

Pański teatr nie jest teatrem instytucjonalnym, nie ma stałych dotacji, subwencji – to dobrze prosperujące przedsiębiorstwo. Jak pan się odnalazł w roli dyrektora, a jednocześnie pogodził rolę „szefa” i kolegi z teatralnych desek, bo przecież wciąż pan gra?

Szczerze mówiąc, najmniej problemów sprawia mi ta strona, powiedziałbym, ekonomiczno-zarządcza, zwłaszcza że mam bardzo dobrego i doświadczonego wspólnika Eugeniusza Korina, który był już wytrawnym i znanym reżyserem i artystą, kiedy ja jeszcze studiowałem. Dzieli nas 18 lat, wydaje mi się, że jest to bardzo dobra różnica wieku.

Natomiast trudność sprawia mi właśnie występowanie z moimi kolegami na scenie, kiedy ja gram w teatrze, którego jestem współwłaścicielem i dyrektorem. Niewygodnie mi jest. Szczerze mówiąc, o wiele łatwiej byłoby mi, gdybyśmy byli na scenie wyłącznie aktorami, którzy są przez X,Y, Z zatrudnieni do jakiegoś projektu. Wydaje mi się, że wtedy pracowałbym na większym luzie, bardziej spontanicznie, i mógłbym się wyłącznie poświęcić roli. Aczkolwiek nie twierdzę, że się nie mogę poświęcić roli. Owszem, mogę.

Dochowaliśmy się tutaj przez lata wspaniałego zespołu złożonego przede wszystkim z pań, oczywiście panowie pomagają nam bardzo w rzeczach skomplikowanych technicznie na scenie itd., natomiast pion zarządczo-wykonawczy złożony jest z pań i był skrupulatnie dobierany przez lata. To jest klucz do sukcesu. Właśnie o to chodzi, żeby pracownicy mieli dużo pracy, a z drugiej strony by mieli poczucie satysfakcji, że niektóre rzeczy zależą od nich i tylko od nich, i że nikt za nich lepiej tego nie zrobi, bo oni są w tym lepsi niż dyrekcja.

Staram się otaczać ludźmi lepszymi od siebie, zależy mi na tym, żeby każdy pracownik imponował mi w czymś, czego ja nie umiem zrobić, a ja wiem, że on zrobi to lepiej.

Nieco uprzedził pan moje pytanie, bo w jednym z wywiadów przyznał pan, że chce pracować z najlepszymi i do współpracy zaprasza specjalistów w swojej dziedzinie. Co sprawia, że chcą z panem pracować?

Ich nie trzeba przyciągać. Ludzie szanujący własne kompetencje i umiejętności bardzo szanują swój czas. Jeżeli mają do wyboru trzy oferty i każda z nich wymaga poświęcenia jej kilku miesięcy swojego życia i podjęcia jakiegoś ryzyka artystycznego, to moim zdaniem wolą oni poświęcić się temu ryzyku w instytucji, która gwarantuje im określony, konkretny styl pracy, opiekę artystyczną i finanse, które są niezwykle istotne, no bo po co robić sztukę, którą się później gra raz w miesiącu. Myśmy poszli inną drogą, która jest znana na Zachodzie, że się składa projekt i się go gra, daj Boże, kilkaset razy.

Takie zasady pracy dają poczucie bezpieczeństwa, o które trudno, gdy się wykonuje wolny zawód.

Tak, bo człowiek dużo bardziej woli pracować wśród ludzi, którzy go rozumieją i którzy cenią w nim to, co jest jego profesją, czyli aktorstwo, niż wtedy, kiedy spotyka się z nieporozumieniem personalno-organizacyjnym.

Dokładacie wielu starań, by Teatr 6.piętro pozytywnie się kojarzył, i to nie tylko jako miejsce, gdzie można obejrzeć dobrą sztukę, lecz także jako organizacja odpowiedzialna społecznie. Włączacie się w Bieg po Nowe Życie. Dlaczego warto angażować się w tego typu projekty pod „firmowym szyldem”?

To jest bardzo ważne i cieszy mnie to, że pracownicy Teatru 6.piętro robią nie tylko przedstawienia, lecz także biorą udział w wielu akcjach charytatywnych, takich jak Szlachetna Paczka czy Olimpiada Onkologiczna, bilety dla seniorów i wiele innych. To bardzo dobrze, bo kultura, sztuka, pojęte solidarnie, mają olbrzymie znaczenie światopoglądowo-edukacyjno-społeczne.

To bardzo dobrze, że przychodzą do nas i młodzi widzowie, i seniorzy, i czują się tu bezpiecznie – to dla nas bardzo ważne. Chcemy, aby wrażliwość, religia, gust, orientacja widza, który do nas przychodzi, nigdy nie były pogwałcone, by nikt nie wchodził do jego duszy z butami, by mówił mu: źle myślisz, albo dobrze myślisz, rób tak dalej. Żebyśmy nikogo nie pouczali, tylko żebyśmy prowokowali, wzruszali i bawili tak, aby widz powiedział: „Kurczę, jaka to szkoda, że tak rzadko chodzę do teatru, muszę tu wrócić, bo czuję się lepiej po tym przedstawieniu”. To jest bardzo, bardzo trudne. To jest naprawdę najtrudniejsze, by w teatrze jednoczyć ludzi, a nie dzielić. Mamy tyle podziałów, że przynajmniej teatr powinien być od nich wolny.

Za komuny mówiło się, że kościół i teatr to były takie dwa miejsca, gdzie można było mówić prawdę, teraz już chyba tylko teatr został.

Uważam, że nieważne, czy jesteśmy Warlikowskim, Lupą, Zadarą, Garbaczewskim, Strzępką, czy Korinem. Wszystkich tych artystów, mam nadzieję, bez względu na estetykę czy tematykę przedstawień, łączy jedna rzecz – chcemy, by na naszych spektaklach było jak najwięcej widzów, a nie jak najmniej. Jeżeli ta zasada będzie aktualna, to ja jestem spokojny, bo najgorzej jest wtedy, gdy czytam wypowiedzi różnych reżyserów, którzy twierdzą, że nie po to robią przedstawienia, by przychodzili na nie ludzie. Wtedy to ja już rozkładam ręce i mówię: czas na psychiatrę.

Według badania TNS Polska z 2015 r. „Czy Polacy chodzą do teatru?” aż 47 proc. respondentów pragnących zwiększyć liczbę wizyt w teatrze uznało za największą przeszkodę zbyt wysoką cenę biletów. Co ważne, 3 na 10 ankietowanych chciałoby częściej oglądać aktorów na scenie. Czy według pana rosnąca popularność kulturalnych benefitów, m.in. biletów do teatru, które pracodawcy dają pracownikom, to dobry trend?

To nie jest nic nowego, bo już za komuny były tak zwane bilety pracownicze. Co prawda polegało to na przekładaniu pieniędzy z kieszeni do kieszeni, mam na myśli państwowe zakłady pracy i państwowe instytucje kultury, ale jednak z pożytkiem dla pracownika. Bo nawet jak go nie było stać, to poszedł do teatru, zobaczył i Łapickiego, i Łomnickiego, i Zapasiewicza, Trelę – zobaczył wszystkie przedstawienia i mógł, że tak powiem, kulturalnie się posilić, nasycić. To jest wspaniałe. My jesteśmy teatrem prywatnym, więc nie wiem, jak instytucje państwowe zapatrują się na dawanie pracownikom biletów do teatru. Słyszałem, że niektóre spółki skarbu państwa mają zakaz kupowania i przyznawania swoim pracownikom biletów do Teatru 6.piętro, co mnie z jednej strony martwi, a z drugiej strony cieszy, bo wiem, że pracownicy woleliby przyjść właśnie do naszego teatru, a nie do innego.

Teatr jest obecny i prężnie działa na FB i Instagramie – to dobry kanał dotarcia do widza?

Najlepszy, bo dzisiaj świat potrzebuje informacji „do ręki”. Zatem instytucja, która nie posługuje się kanałami typu social media i tym, co jest świeże i nowe, tylko tym, co jest dawno sprawdzone – po prostu traci widza. Nie tylko młodego widza, bo jeżeli teatr nie jest nowoczesny, nie komunikuje się w sposób „dzisiejszy”, to po co iść do takiego teatru. Naprawdę jest trudniej zrobić dobre przedstawienie, niż je dobrze zareklamować, więc jeżeli teatru nie stać, by dobrze się zareklamować, czyli zrobić coś prostszego niż przedstawienie, to dlaczego widz ma wierzyć w to, że zrobi lepiej coś trudniejszego – czyli dobry spektakl.

Prywatnie także pan funkcjonuje w sieci – co spowodowało, że pan się na to zdecydował?

A to już zasługa mojej o wiele lat młodszej małżonki, która jest wychowana i wykształcona w zupełnie innych realiach niż ja, jej młodszego rodzeństwa i tego, że ja, siłą rzeczy, wszedłem w ten świat, który pokoleniowo jest o wiele młodszy i bardziej nowoczesny. I nie żałuję (uśmiech). Nie stałem się od tego lepszym aktorem, ale ludzie myślą, że jestem lepszym aktorem (uśmiech).

Z pewnością dzięki social mediom dowiedzieliśmy się, że jest pan bardzo otwartym i zabawnym człowiekiem, z dużym dystansem do siebie.

A cóż mi pozostaje (śmiech). Ostatnio idę do teatru i mówię tak: „O Boże, Ola (imię żony aktora – przyp. red.), idę pięćsetny raz grać to przedstawienie, przecież mógłbym się jakoś wyluzować, uspokoić. Dlaczego ja za każdym razem, jak idę do teatru, to się denerwuję i czuję, jakbym żołądek miał obciążony kamieniami”. A moja żona mówi: „Być może się sobie nie podobasz” (śmiech).

Rzeczywiście te emocje towarzyszą panu za każdym razem przed wyjściem na scenę?

Wolałbym iść do teatru i wychodzić w poczuciu zwycięstwa artystycznego, to znaczy wychodzę i nie mam żadnych wątpliwości, że jestem wspaniały. Niestety, bardzo rzadko mi się to zdarza. Artysta powinien oczekiwać od siebie tego, by wyjść z pracy szczęśliwym.

Wspomniał pan o boksie, wiem, że pan jest wielkim fanem tej dyscypliny sportowej – znajduje pan jeszcze czas na tę pasję?

Niestety, coraz rzadziej sam chodzę na salę, natomiast coraz częściej oglądam po nocach boks. Jestem od tego uzależniony. Bardzo to lubię. To jest moje hobby. Być może dlatego, że boks był moim niezrealizowanym marzeniem sportowym z dzieciństwa. Bardzo lubiłem się tłuc. No ale studia artystyczne i wykonywany zawód trochę mnie poskromiły.

Naprawdę pan należał do chłopców, którzy się bili na podwórku?

No tak, ja lubiłem się bić, ale to dlatego, że pochodziłem z takiej rodziny, jak to się mówi, lekarskiej, trochę wychuchany, wycacany, mimo że miałem starsze rodzeństwo. Bardzo imponowali mi ci, którzy potrafili pięściami na podwórku rozstrzygnąć sprawę. No więc chciałem zaskarbić sobie ich uznanie i często to ja byłem tym, który prowokował, zachęcał do boju. Nie zawsze z sukcesem.

Podejmuje pan jakieś inne aktywności oprócz boksu i biegania?

Góry, góry... to jest absolutnie moja odskocznia i reset. Moja Ola ma do mnie żal, że dom w górach traktuję jak dom, a to, co mamy tutaj, to jest moja praca, że ja przyjeżdżam do Warszawy do pracy, a odpoczywam, mieszkam w górach. Tak jest.

Wcale się nie dziwię.

Męczy mnie Warszawa, niestety. Mimo że jestem przecież warszawianinem z Krakowskiego Przedmieścia i znam Warszawę chyba o wiele lepiej niż niejeden warszawianin, ale miasto bardzo mnie męczy. W górach jest tak, że jak czegoś nie zrobisz, to wiesz dlaczego nie zrobisz, bo tam jest odpowiedzialność personalna. U nas, w Warszawie panuje totalna anonimowość, gdzieś coś przepada, gdzieś idzie, w jakieś instytucje, regały, szafy. I za decyzjami stoją jacyś tajemniczy ludzie, nie wiadomo kto.

A tak po ludzku – to mi się wydaje, że każdy z nas potrzebuje kontaktu z naturą…

Ma pan na swoim koncie świetne role i filmowe, i teatralne. Pewnie słyszał pan to pytanie nieraz, ale co jest panu bliższe – deski teatru czy oko kamery?

Marzyłby mi się wreszcie jakiś dobry film, bo wydaje mi się, że trochę na własne życzenie wypisałem się z filmu, koncentrując się i na teatrze, i na serialu, w którym udało mi się osiągnąć satysfakcjonujący sukces. Co tu dużo mówić, taka rola teatralno-charakterystyczna w telewizji bardzo korzystnie odbija się na popularności aktora, a widzowie, kiedy idą do teatru, najczęściej chcą zobaczyć konkretnego aktora w konkretnej roli. Jeżeli to jest aktor popularny, znany, który interesuje widza, którego po prostu widzowie lubią, to potem kupują bilet do teatru, i tam można zagrać u Gogola, Czechowa, Szekspira tudzież Woody’ego Allena – i sprawdzić się jakoś w literaturze.

Czy jest jakaś postać, niekoniecznie literacka, w którą chciałby pan się wcielić?

Aktorzy wymyślają sobie pewne rzeczy, a potem się okazuje, że żyją we frustracji, bo ich wyobrażenie na swój temat jest kompletnie rozbieżne z tym, jak go widzą reżyserzy i publiczność. Są aktorzy, którzy marzą o tym, żeby zagrać twardziela, żeby udowodnić sobie i innym, że są twardzielami. Potem na ekranie czy na scenie widać w nim jakąś nienaturalność. Trzeba się zdać na gust reżyserów, scenarzystów. Przez lata pracy udowodniłem chyba kolegom, aktorom, scenarzystom, reżyserom, że po prostu jeżeli już pracuję, to raczej można liczyć na moje zaangażowanie niż na brak zaangażowania. Lubię powiedzenie Krzysztofa Kowalewskiego, który mówi: i na twojej ulicy zaświeci kiedyś słońce. Więc czekam na rolę jakiegoś dobrego prokuratora, ostrego prokuratora.

Która z granych przez pana ról była największym wyzwaniem, może któraś z granych postaci była panu szczególnie bliska?

Wydaje mi się, że film Magdy Piekorz „Pręgi” był takim filmem, na który czekałem z pięć lat po tych wszystkich koniach, szablach i romantycznych tyradach. Czekałem pięć lat na rolę współczesną. Doczekałem się. I to była rola, którą akurat dobrze pamiętam i wspominam.

No ale mam dopiero 46 lat, już wyłysiałem, jestem siwy, nabrałem innych walorów wizerunkowych, więc być może to zostanie docenione, dostrzeżone. Mam wrażenie, że znani casting dyrektorzy i reżyserzy boją się do mnie zadzwonić, bo mnie odbierają jak takiego dyrektora 6. piętra, który nie ma czasu, żeby pojechać na casting. A ja bardzo lubię wyzwania, lubię się ścigać i gdybym dostał taką szansę, chętnie bym z niej skorzystał.

Rola Wojtka z „Pręg” to moja ulubiona pańska rola. Dobry film i świetnie zagrana postać.

Dziękuję bardzo. Coraz lepiej się na szczęście dzieje w polskim kinie, powstają super seriale, nasze filmy osiągają międzynarodowe sukcesy, a pamiętam, że jeszcze dziesięć, piętnaście lat temu załamywano ręce i pytano: dokąd zmierzamy? Okazuje się, że opatrzność zsyła nam od czasu do czasu jakichś twórców, którzy zapewniają jakość i sprawiają, że aktorzy cieszą się, że są aktorami.

I ja panu tej radości z bycia aktorem życzę jak najdłużej.

Dziękuję.

 

Otaczam się ludźmi lepszymi od siebie

Michał Żebrowski

Pobierz wydanie 02/2019

Zobacz również

Ruch jest najtańszą profilaktyką

Z Sylwią Nowacką-Dobosz, doktorem nauk o kulturze fizycznej, rozmawiała Katarzyna Patalan

Wszystko zaczyna się od zaufania do siebie

Z Sebastianem Kotowem rozmawiała Katarzyna Patalan

W social mediach rekrutujemy poprzez relacje

Z Rahimem Blakiem rozmawiał Rafał Mikołaj Krasucki

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (niewielkie pliki tekstowe przechowywane przez przeglądarkę internetową na urządzeniu użytkownika) m.in. do analizy statystycznej ruchu, dopasowania wyglądu i treści strony do indywidualnych potrzeb użytkownika. Pozostawiając w ustawieniach przeglądarki włączoną obsługę plików cookies wyrażasz zgodę na ich użycie. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej znajdziesz w Polityce Prywatności.